Podpalił dom, w którym zginęli jego żona i dzieci. By uniknąć podejrzeń, zaczął udawać

Marcin Pietraszewski, gw
30.03.2014 , aktualizacja: 30.03.2014 21:32
A A A Drukuj
Pogrzeb matki i dzieci, które zginęły w pożarze domu w Jastrzębiu

Pogrzeb matki i dzieci, które zginęły w pożarze domu w Jastrzębiu (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Dariusz P. jest podejrzany o podpalenie domu, w którym zginęli jego żona i dzieci. Gdy dowiedział się, że interesuje się nim prokuratura, zaczął udawać podpalacza i wysyłał do siebie SMS-y z groźbami
42-letni Dariusz P. to rozdający komunię świętą szafarz w parafii w jastrzębskiej dzielnicy Ruptawa i członek Ruchu Światło-Życie. - Człowiek wielkiej wiary - mówią o nim sąsiedzi. Według prokuratury w maju zeszłego roku podpalił dom, w którym spali jego żona oraz piątka dzieci. Pożar przeżył tylko 17-letni syn Wojtek.

- Miałem motyw, ale tego nie zrobiłem. Wykluczam też udział innych osób - stwierdził podejrzany w sądzie. Sędziowie uznali jednak, że zachodzi duże prawdopodobieństwo, iż dopuścił się zarzucanego czynu, i w czwartek wieczorem aresztowali go na trzy miesiące.

Podrzucony szczur, drzwi zamknięte na klucz

"Gazeta Wyborcza" poznała kulisy trwającego 11 miesięcy śledztwa. Początkowo sądzono, że ogień był efektem zwarcia instalacji elektrycznej. Na miejscu znaleziono bowiem martwego gryzonia, który miał przegryźć kable. Biegli ustalili jednak, że został on uśmiercony przed pożarem.

Eksperci stwierdzili też, że płomienie pojawiły się jednocześnie w kilku miejscach. Ktoś musiał podpalić firankę w pokoju, szafę z ubraniami oraz wielki worek z butelkami po napojach. Ogień błyskawicznie objął też plastikowe elementy wyposażenia. - W ciągu 160 sekund temperatura wzrosła do 200 stopni Celsjusza. Domownicy nie mieli żadnych szans na przeżycie - stwierdzili biegli. Najbardziej szokujące było to, że ktoś ponacinał paski opuszczonych rolet. Nie można ich było podnieść, a drzwi były zamknięte na klucz. To wskazywało na zabójstwo.

Śledztwo powierzono prokuratorowi Rafałowi Sprusiowi z Gliwic oraz dwóm oficerom z Komendy Wojewódzkiej w Katowicach. Na Śląsku mają opinię łowców zabójców. - Są tak drobiazgowi i dociekliwi, że znajdą wodę na pustyni - twierdzą ich przełożeni.

Od razu wzięli pod lupę pogrążonego w żałobie Dariusza P. Zajmujący się produkcją mebli mężczyzna twierdził, że feralnej nocy przebywał w położonym kilkanaście kilometrów od domu warsztacie. - Miałem zaległości w zamówieniach - wyjaśniał P. Policja sprawdziła logowanie jego komórki. Okazało się, że tuż przed pożarem jej sygnał wychwyciła stacja w pobliżu domu. Śledczy wiedzieli więc, że P. kłamie.

Kiedy sprawdzili jego sytuację finansową, wpadli w osłupienie. Mężczyzna ma ponad 3 mln zł długów oraz komornika na głowie. Ten nie mógł jednak zająć domu, bo został on zgłoszony do Funduszu Alimentacyjnego jako finansowe zabezpieczenie dzieci. Mężczyzna miał też kilka przyjaciółek, z którymi się spotykał. A dwa tygodnie przed pożarem wykupił żonie opiewające na kilkaset tysięcy złotych ubezpieczenie.

- Agenci, którzy je zawarli, przyznali, że było wyjątkowe. P. nie chciał ochrony finansowej w przypadku choroby żony lub śmierci z przyczyn naturalnych. Interesował go wyłącznie zgon w wyniku nieszczęśliwego wypadku. W takiej sytuacji wartość odszkodowania miała wzrosnąć dwukrotnie - mówi osoba znająca kulisy sprawy. Dodatkowo P. ubezpieczył też dom. W przypadku kradzieży miał dostać 10 tys. zł, a pożaru 300 tys. zł.

Szantażował sam siebie

Kiedy P. dowiedział się, że policja wypytuje o niego ludzi, przybiegł na komendę i pokazał, iż dostał serię SMS-ów. Ich nadawcą miał być rzekomy podpalacz, który najpierw chwalił się, że słyszał, jak umierali jego bliscy, potem mu groził, a w ostatniej wiadomości wyraził skruchę i zaproponował 7 tys. zł odszkodowania.

Śledczy ustalili, że SMS-y wysłano z telefonu Samsung. Nie można go jednak było namierzyć, bo przez wiele miesięcy nie logował się do sieci. Ekspert lingwista przeanalizował otrzymane przez P. wiadomości i wysyłane przez niego odpowiedzi. Zbadał też jego wzruszający list do żony odczytany podczas pogrzebu. - Biegły nie miał żadnych wątpliwości, że wszystkie te teksty zostały napisane przez tę samą osobę - mówi nasz informator.

Śledczy sprawdzili przeszłość Dariusza P. Trzy lata wcześniej dostał 120 tys. zł odszkodowania za pożar domu. Wtedy nikomu nic się nie stało. Zgłosił też kradzież 200 tys. zł. Twierdził, że kiedy jechał samochodem, ktoś wrzucił mu do środka cegłówkę, a ta trafiła go w głowę. Stracił przytomność i zjechał do rowu. Kiedy się ocknął, pieniędzy już nie było. - Na głowie nie miał żadnych śladów po uderzeniu, a auto nie było nawet zarysowane - mówi osoba znająca kulisy sprawy. Ale śledztwo umorzono.

Niepoczytalny?

Kiedy biegli wydali opinię, że znaleziony na pogorzelisku gryzoń został uśmiercony przed pożarem, śledczy nie mieli wątpliwości, że to Dariusz P. wzniecił pożar. W środę wydali nakaz jego zatrzymania. W jego warsztacie znaleziono samsunga, z którego wysyłano SMS-y od rzekomego podpalacza.

Podczas przesłuchania P. powiedział, że w przeszłości leczył się psychiatrycznie. W tej sytuacji prokuratura musi powołać biegłego, który określi, czy jest on niepoczytalny. Jeśli lekarz uzna, że mężczyzna nie miał świadomości tego, co robi, uniknie odpowiedzialności karnej. Krótko przed zatrzymaniem mężczyzna zaręczył się z nową partnerką.

Zobacz także

Zobacz więcej na temat:

  • Podziel się